Szeryfie Chuck,

Nie powinno nikomu życzyć się śmierci. Tak samo jak nie powinno się jej wymierzać. Szczególnie sobie.

Pewnie nie jestem świadoma ile Pan doświadczył w swoim życiu. To co Pan opowiedział to pewnie tylko końcówka szpilki, którą ma Pan w sercu. Pokruszyło się to Pana człowieczeństwo i życie, a wraz z nim gasła nadzieja. Nadzieja na zdrową rodzinę, dzieci w domu, kochającą żonę, ciepły obiad, pracę, wierzgającego psa i trzeźwość. Niektórzy mają wszystko, a tak naprawdę nie mają nic. Pan nie miał nic, a zawsze tyle do ofiarowania. W swojej ułomności, niezdarności niósł Pan radość.

Nie chcę, żebyś wrócił Pan jako „roślinka” i żył w zamkniętej klatce cierpienia. Sam na sam z bólem. Nie chcę też, żeby Pan po prostu umarł. Wiem, że odejście z tego padołu sprawiłoby Panu ulgę. A ja jak każdy człowiek stający w obliczu śmierci drugiej istoty egoistycznie chcę, żeby Pan po prostu żył..

Gdziekolwiek podąży Pana życie, mam nadzieję, że doświadczy Pan spokoju i radości.

Czekam na Pana ciepły uśmiech,

Słonko

Toksyna

Ta toksyna potrafi zepsuć mi nawet dzień jak dziś, który z założenia powinien być dniem szczęśliwym. Ta toksyna powoduje, że często robię coś, żeby nie słyszeć żali, skarg, nie znosić obrazy. Coś wbrew sobie. Toksyna sprawia, że czuję jak gnije moja dusza, że tracę poczucie własnej wartości, umiera moja ciekawość świata i chęć życia. Toksyna przejmuje nade mną kontrolę, a ja nie umiem się wyrwać. Z toksyną czasem jest idealnie, czasem znów łudzę się, że jest pozytywna, że chce mojego dobra, że wszystko jest w porządku. Nic nie jest w porządku, nic nie wygląda poprawnie czysto teoretycznie, wszystkie logiczne, proste założenia i normy są połamane. Jestem już zmęczona tą toksyczną klatką, jestem zmęczona tym że ona ma nade mną taką władzę i tak mną manipuluje.

Chcę być wolna, chcę popełniać błędy bez tłumaczenia swoich decyzji, chcę pozbyć się kontroli, zaglądania w każdą sekundę mojego życia, chcę być, chcę oddychać pełną piersią, chcę żyć.

Pisane nocą..

yesthrill

Gdy poziom bezradności sięga zenitu zostaje tylko śmiech. A ja śmieję się teraz do bólu brzucha.
Mój czas od otwarcia oczu po zamknięcie na szybki sen, wypełniony jest co do minuty. Pędzę, pracuję, gonię każdą cenną chwilę. I chcę być dobra we wszystkim co robię. Wyglądać zdrowo. Pracować z uśmiechem. Uczyć się solidnie. Znaleźć wolny wieczór na spotkanie ze znajomymi. Rozwijać się. Poznawać nowe rzeczy. Wrócić czasem do domu, do rodziny. Zwiedzać. I co? We wszystkim co robię nawet nie jestem mierna. Może za mało się staram, a może to już dla mnie za dużo. I burzy się grunt pod moimi stopami.  W pracy coraz bardziej napięta atmosfera. Choroby. Chorzy. Nie mam kiedy ich odwiedzić. Nie mam kiedy wrócić do domu. Milczący znajomi. Obrażeni. Narastający stos książek. (Nie)Zaliczenia. Zmęczenie. Regres. Uciekające tramwaje. A wydawałoby się, że jest dobrze, że już jest stabilnie. A tu znów muszę wziąć się w garść i zacząć krok po kroku budować drogę, którą idę.