W tramwajowym tłumie..

Czarna otchłań pożerająca
Moją duszę zmęczoną
Płuca zapadają się
Ramiona kulą
Myśli rozsadzają czaszkę
Tak bardzo nie chcę
Tu być
I Ciebie nie chcę
Nie radzę sobie z istnieniem
Żałuję, że Cię poznałam
A nie umiem sprawić
Byś zniknął z mojego życia
Boże najmiłościwszy
Daj mi siłę
Lub odbierz toksynę

Może w innym miejscu, innym czasie..


explores

Rok temu, 14 września z okazji kolejnych „urodzin” mojego bloga cieszyłam się z tego, że nie ma miesiąca bez słowa. I ooops w końcu nadszedł czas niezapisanych miesięcy, a ponadto przegapiłam wspomniane wcześniej urodziny. W dodatku okrągłe, bo w tym roku już piąte.. Straszna matka ze mnie ;)


iniquitousheart

***

No dobrze, nastrój się i posłuchaj *klik*

Każdy człowiek ma w swoim życiu daty, które przypominają mu o wyjątkowych wydarzeniach. Radosnych.. jak urodziny (chyba stąpam po cienkim lodzie, nie dla każdego ten dzień jest radosny), imieniny (chyba mniej drażliwy temat), rocznica ślubu (gdy możemy być dumni z tego jaką mamy silną wolę przed zakupem karabinu maszynowego  i użycia przy najbliższej sprzeczce z cyklu „bo zupa jest za słona”), a może właśnie rocznice rozwodowe, ukończenia szkoły, pracy. Każdy ma taki dzień, kiedy świętuje z uśmiechem na twarzy. Kiedyś czytałam, że pary powinny co najmniej raz w tygodniu mieć swoją rocznicę (pierwszy dotyk, pocałunek, wspólny obiad, wypad do kina, małe cieszące duperelki) i ciągle dokładać nowe, żeby wspominać, celebrować i umacniać związek. To tak na marginesie :) Wracając.. są też dni, kiedy jesteśmy smutni, albo dni, gdy otacza nas aura melancholii i zadumy. I takich dni też każdy ma pewnie sporo. Dla mnie takim dniem jest dzień dzisiejszy. Nie jest to jakaś ogromna rocznica, przełomowe wydarzenie. Rok temu o tej porze byłam jednocześnie szczęśliwa i zrozpaczona. Proszę się nie śmiać. Trochę już żyję, ale pierwszy raz doświadczyłam czegoś takiego. Byłam tak bardzo zmieszana, że nie mogłam zebrać myśli, a co dopiero ubrać w słowa to co czułam. Tyci tyci, minimalnie, wręcz otarłam się o spełnienie swoich skrywanych marzeń. Takich głupich, wręcz niedorzecznych marzeń. Każdy chyba ma takie pragnienie, o którym nie powiedziałby nikomu, bo się wstydzi (chyba, że tylko ja tak mam?). Rok temu ciąg wielkich, radosnych niespodzianek był bardzo radujący i jednocześnie wręcz nieprawdopodobny, zapowiadał cudowną odmianę, której tak bardzo pragnęłam, ale boleśnie poraniło mnie, że to wszystko prowadziło donikąd. Czy dokładnie donikąd? Wtedy z pewnością odpowiedziałabym, że  tak. Teraz już się waham. Widocznie tak miało być, a całe to rozdarcie w sercu w dziwny sposób mnie umocniło. Czekam, a jednocześnie robię co tylko mogę, żeby jednak udało mi się spełnić to marzenie. Trwam w nim dalej i jak nigdy wcześniej jestem pewna, że właśnie tego chcę. Innymi torami dążę do spełnienia. Czasem dopada mnie panika, że ktoś mnie wyprzedzi, że może to nie jest dla mnie, że się nie uda i zostanę w tym ciemnym, zakurzonym, pajęczym, samotnym kącie. A przecież było tak cudownie i mogło być tak słodko łatwo. W moim życiu nigdy nie jest łatwo, potwierdzone na milion sposobów, część z nich jest wklikanych w blogu. Wielka szkoda.
Tamten dzień jest jednym z tych do których chętnie bym wróciła. Chciałabym poczuć jeszcze raz to rozlewające się uczucie gorąca po całym ciele, piekące policzki i totalny chaos w głowie. I chciałabym zobaczyć siebie z boku, na swoje oczy, wyraz twarzy i zagubienie w podstawowym egzystowaniu. A tak bardziej bardziej to chciałabym przeżyć to jeszcze raz, ale z innym zakończeniem.

Najnowszy wpis miał być zupełnie inny. Planowałam go od dłuższego czasu, kilka tematów, które plątały się po mojej głowie przykrył kurz. Miało wyjść inaczej, wyszło jak wyszło. Masło maślane, które było mi dziś potrzebne.

Może kiedyś te wszystkie niedorzeczne marzenia się spełnią.
Może w innym miejscu, innym czasie..

Dobrej nocy