30.04.15

Ostatnio przypatruję się sobie bardziej intensywniej niż zawsze. Analizuję minione lata i swoje zachowanie, swoje wybory i decyzje, których już nie mogę zmienić. Jestem w takim punkcie swojego życia, gdy zastanawiam się, czy to miejsce, w którym właśnie się znajduję jest słuszne i czy zapewni mi spokojną przyszłość? Ogarnia mnie przeraźliwa trwoga, że zajmuję się czymś do czego zupełnie się nie nadaję. Dlaczego spędzając wiele czasu na nauce jest ona mniej produktywna niż osób, które idąc „na żywioł”, albo tylko zaglądają do notatek? Dlaczego nie myślę logicznie, nie zapamiętuję podstawowych rzeczy, które wykonuję już kolejny raz w swoim życiu? Jeśli moja droga naukowa jest błędna to co innego powinnam robić? Nie mam pasji, hobby, zainteresowania ani też talentu, który mogłabym rozwijać i z którego mogłabym żyć. Nigdy nie byłam wpychana na koła zainteresowań, nie zasmakowałam różnych dróg do rozwijania zdolności manualnych, naukowych, czy sportowych. Od zawsze byłam.. jestem szarą myszką biernie przypatrującą się wielkim ludziom. Od zawsze podziwiam i zazdroszczę innym. Od zawsze żyję z dnia na dzień. Ciężko znoszę porażki, nie lubię czuć się gorsza. Czy to normalne i ludzkie? Czy powinnam być przyzwyczajona? Nie chodzi o użalanie się nad własnym losem i płakanie, że mam tak źle w życiu. Dostałam przecież wiele dobrego, kochającą rodzinę, wiarę, dom do którego chce się wracać i możliwość do rozwoju. Dziękuję za to Bogu z całego serca. Żałuję tylko, że sama siebie nie uszczęśliwiam, że dla nikogo nie jestem autorytetem, wzorem do naśladowań. Boję się, że zmarnuję swoje życie. Boję się, że będę pracowała w branży, która mnie nie uszczęśliwi ani nie zapewni tygodnia wolnego nad polskim morzem. Boję się, że dalej całe życie będę musiała oszczędzać i ograniczać przyjemności. Boję się, że zawsze będę ze strachem patrzyła na nadchodzące jutro. Boję się samotności. Wszyscy wokoło są szczęśliwi, zakochani, z pierścionkiem na palcu. Babcia cicho podpytuje, czy ktoś pojawił się w moim życiu, a ja za każdym razem odpowiadam, że jeszcze nie. I choć „każda potwora znajdzie swojego adoratora” to chyba musi być ze mną bardzo tragicznie. Czego się jeszcze boję w tej kwestii? Że przy każdym rodzinnym spotkaniu, będę jak czarna owca otoczona wianuszkiem par, kuzynostwa planującego wesela. A ja będę biła się z myślą kogo wziąć jako osobę towarzyszącą, a w chwilach depresji szukać powodu, żeby odmówić i zaszyć się w domu. Nawet swoich znajomych i przyjaciół nie traktuję należycie. Zawsze mam wrażenie, że dostaję więcej niż daję. I choć lubię im sprawiać przyjemności to zawsze ten bilans nie jest dodatni po mojej stronie. Chciałabym potrafić błyskotliwie i inteligentnie rozmawiać. Podniosłoby to moją samoocenę i rekompensowało inne słabości. Chciałabym budzić się z uśmiechem i kłaść spać z poczuciem zadowolenia. Nie chcę zmarnować najlepszych lat życia. Nie chcę czuć się źle sama ze sobą. Nie chcę ciągle czuć się gorsza, słabsza, szara. Nie chcę ciągle tylko marzyć, że mogę żyć inaczej. Nie chcę wierzyć w księcia z bajki, który odmieni całe moje życie. Sama chciałabym je odmienić. Ale jak pokonać te liczne bariery, które stawia mi życie i ja sama sobie? Czy jest wiele osób, które też popadają w beznadzieję życia zastanawiając się nad jego sensem? Czy to wynika z faktu, że już dawno nie słyszałam nic pokrzepiającego pod swoim adresem? Czy kiedyś uznam, że to co teraz napisałam jest głupie i bezsensowne? Czy ja naprawdę muszę ciągle przed kimś, czymś uciekać?